Kategoria: ( RPG) Autor: Dreamwalker Data: 9 marca 2009
Spotykam się z różnymi osobami związanymi z D&D albo RPG dzięki dobrodziejstwu internetu i for, na których można grać i wymieniać opinie. Ten post natomiast będzie trochę narzekaniowy, bo natchnęła mnie do tego konwersjacja na gg z jednym z internetowych erpegowych znajomych. A konkretnie ta część odnosząca się do jego sposobów myślenia podczas sesji. Nie będzie jednak tylko o narzekaniach. Doświadczenia zbierane przez lata zawrę teraz w formie jednego (być może kilku jak nie starczy czasu na jeden) poradników o tym jak NIE grać w D&D. Przynajmniej moim zdaniem. A i nie tylko do D&D się to odnosi, więc jeśli mistrzujesz inny system i zobaczysz u swoich graczy wymienione niżej zachowanie, to tęp je!

Mężczi wojownicy, potężni czarodzieje, sprytni łotrzykowie. No po prostu żyjące ideały, które rabują bogatych, biednych lub smoki w zależności od charakteru i poglądów politycznych. Czy oni się czegoś boją? Może tylko tego, że MG każe im zacząć myśleć.
Bo my to nie uciekamy …
Problem, który jest codziennością na sesjach D&D, a ostatnio ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, wystąpił na sesji w nWoDa.
Gracze byli w domu, do którego leciała banda zbirów z siekierami. I wymyślali już koktaile Mołotowa z wina. I cuda na kiju. I tylko jeden gracz postanowił uciec przez tylne wyjście. Reszta na szczęście poszła za jego postacią. Postacie dotąd żyją.
Rzecz zdziwiła mnie, tym bardziej że szczególnie aktywnym wymyślaczem koktajlów Mołotowa był gracz, który D&D otwarcie nie lubił. Nie jest to pewnie więc problem typowo dedekowy. Za każdym razem, gdy gracz uważa, że jego postać jest mocna, albo że MG nie dopuści do jej śmierci, może się zdarzyć taka sytuacja. W przypadku nwoda jest małe usprawiedliwienie, bo założyli, że zbiry obsadziły też tylne wyjście. Otóż nie obsadziły. Ładować postacie w tarapaty lubię, ale sadystą nie jestem.
Moje życie nie ma sensu! NIe zabiłem dzisiaj smoka…
Niektórzy gracza są bardzo nastawieni na akcję i działanie postaci. To bardzo dobrze jeśli gra się na akcji skupia. Lecz i tutaj nie można przesadzić i uzależnić naszego herosa od stałego przypływu adrenaliny. Gracz powinien zadbać o to, aby jego postać miała co robić zawsze. Oczywiście jeśli MG sobie za bardzo olewa prowadzenie, no to gracz może czuć, że czegoś tu brakuje i zgłosić się ze skargami do mistrza. Ale przestoje są też ważnym elementem akcji. Jeśli graczom i MG choć odrobinę zależy na budowaniu również fabularnej strony rozgrywki, przestoje można poświęcić na jej rozwijanie. Postać w czasie przerwy w kampanii może odwiedzić rodzinę. W czasie długiej podróży może opowiadać przy ognisku o swoich przygodach, w czasie oczekiwania na zjawienie się tego złego może na przykład ostrzyć broń albo rozmawiać o taktyce (o niej za chwilę). Rozszerzę to troszeczkę w następnym punkcie, więc utnę tutaj wypowiedź.
Bo ja nie mam rączek…
Osobna sprawa gdy postacie nie umieją wykorzystać czasu wolnego, osobna gdy nie wiedzą co zrobić w ogóle. Oczywiste jest, że smoka należy zabić, loch przetrzebić i wyciągnąć z niego tyle złota ile się da. Ale co zrobić, gdy lawirując w meandrach przygody, postacie nagle zdadzą sobie sprawę z tego, że gdzieś poszły źle? Albo że wpakowały się w wielkie goo i teraz ich błagalny wzrok ląduje na biednym MG, który ma ich z tego wyciągnąć? “Sami się wpakowaliście, to sami wyjdzcie” - powie trzeźwo myślący mistrz a wtedy zostanie okrzyknięty sadystą i tyranem. Z jednej strony - chcą swobody. Z drugiej - nie chcą jej wykorzystywać i narzekają, że MG nie pcha akcji do przodu. A on czeka na pomysły - w końcu to obiecał.
My chcemy walki…
To zachowanie graczy jest niemal odwrotne do poprzedniego. Czasem jest wynikiem tego co opisałem punkt wcześniej, czasem pojawia się samo z siebie. MG daje swobodę, gracze podróżują i mogą robić co chcą, ale lubią robić jedną rzecz - walczyć. Skrajnym przypadkiem takiego zachowania było podpalenie wioski przez jedną z postaci w mojej sesji. Aby tylko zaczęła się walka. Nie rozumiem jakie motywy tym kierują. Z jednej strony - może być to istotnie chęć sprawdzenia się w walce, wypróbowania gazyliona zdolności specjalnych postaci stworzonej specjalnie pod walkę. Z drugiej strony - typowe dla dedeka gonienie za doświadczeniem, a że w D&D PD dostaje się najwięcej za walki - ciągiem przyczynowo-skutkowym dochodzimy do tego, że im więcej walk, tym więcej PD. Dlatego ja od pewnego czasu stosuję albo system PD z Savage Worlds (PD za całą sesję). Albo gdy działo się dużo (nie tylko w sensie walki), mówię że awansowali na kolejny poziom.
Kupą, mości panowie…
Ten staropolski cytat do dziś jest niestety regułą dla części drużyn z D&D. Żadnej grubszej taktyki, prócz wymaganego przez MG ustalenie kto gdzie idzie. Dlaczego tak jest? Możemy zwalić winę na dwie grupy osób: gracze i ich postacie.
Gracze: nie zaprzątają sobie głów taktyką. W końcu ich postacie powinny być tak potężne, że taktyka nie ma sensu. Zmieni im się światopogląd jak rozgniotą ich na miazgę koboldy z kuszami skryte za otworami łuczniczymi albo szarża hordy orków biorąca ich w kleszcze (spróbuj wtedy rzucić fireballa).
Postacie: odgrywanie postaci ogranicza się do ryków i okrzyków podczas walki, niczym w Baldur’s Gate. Poza tym, postacie są po prostu graczami. Jeśli gracz prowadzi inteligentną/roztropną postać, to zwróci uwagę na to, że ktoś taki to o taktyce powinien mieć choćby jakieś intuicyjne pojęcie. Wojownicy czy barbarzyńcy, szkoleni w sztuce wojennej powinni też znać jakieś sprytne manewry. Dla tropiciela/łotrzyka łucznika naturalne jest, że najpierw się schowa a potem strzeli tak, że na prawdę zaboli. Czarodziej rzuci na siebie czary ochronne a POTEM kule ogniste. I tak dalej. Rzeczy oczywiste, które wiele ludzi po prostu lekceważy sprawiając, że gra traci cały smaczek i staje się czymś gorszym niż planszówka.
Bo ja się znam…
Osobiście nie lubię graczy, którzy znają dobrze system i rozkazują innym co mają robić. Przykład (sytuacja wymyślona na poczekaniu, ale na bazie autentycznych):
- Mavel, rzuć kulę ognia, masz piąty poziom, więc jest już dostępna, Krevis, nie marnuj teraz nakładania rękami - masz tylko 10 punktów, przyda się na krytyczny moment walki! Heliav, rzuć Byczą siłę i zacznij odganiać nieumarłych. Tak, możesz to robić, MG Ci wyjaśni jak. Elias (look w kartę), masz KP 12??? Ty weź się gdzieś ukryj lepiej, bo Cię zabiją.
Pomijając terminy mechaniczne, może taki tekst pasowałby do wykształconego maga. A co jak mówi go gracz grający (zwykle) orkiem-przygłupem? Takich ludzie trzeba tępić i pilnować. Nikt ich nie mianuje szefami drużyny, jednak drużyna się ich słucha, bo mają dużą (albo jakąkolwiek większą niż inni) wiedzę. W efekcie dochodzi do tego, że z walki robi się prawdziwa planszówka z posunięciami zaplanowanymi na 10 rund do przodu, a mądry gracz po niej znów staje się orkiem-przygłupem. Tak jakby w trakcie walki opętał go zły duch. Właściwie to opętał: duch powergamingu.
Po co mam tam iść?
Zdarza się wielokrotnie, że postaciami graczy kieruje tylko i wyłącznie zysk. Idą tam, gdzie mogą coś zdobyć, cokolwiek. Robią to, za co jest największa nagroda. I niech sobie robią. Gorzej, gdy dochodzi do sytuacji, gdy zdezorientowany gracz nie wie co robić w jakiejś sytuacji, więc postanawia się najwięcej nachapać. Co z tego, że przez to potem może być gorzej? Liczy się tu i teraz. Uwierzcie mi, drodzy gracze. Jeśli MG wpuszcza Was na bal do królowej to nie znaczy, że macie obrabować cały zamek i kogoś zabić. Może trzeba z kimś porozmawiać, albo co gorsza, ubić jakiś interes? Przekonać do siebie kogoś, kto potem może nam dać (oczywiście) kolejną misję za setki tysięcy (lub milionów) sztuk złota? Ale po co tracić czas - lepiej mu to odebrać.
A ja gram złą postacią!
Na początku mojego prowadzenia dla złych postaci, były one zwykle postaciami głupimi złymi, wyznającymi pogląd:
Jestem zły, więc wszystko mi wolno!
Teraz już bez skrupułów okradali księżniczki na balach, bo przecież byli źli, więc mg już nie powie, że trzeba zmienić charakter albo pojechać po pedekach. Problem w tym, że w D&D zło nie polega wyłącznie na tym. Owszem biorąc przykład z potworów (ale tych niskopoziomowych) można odnieść takie wrażenie, ale wystarczy już popatrzyć na illithida - może przeżyć całe swoje życie nie zabiwszy osobiście ani jednej osoby, nie ukradłszy osobiście ani jednej złotej monety. A jednak zrujnowawszy życie setkom istnień (jeśli tylko chce). Inteligentne zło. Groza pada na graczy. Trzeba zrozumieć, że zło nie polega na wyrządzaniu innym krzywdy, ale na niedbaniu o to co dzieje się z innymi. A wtedy postacie stają się prawdziwymi badassami, którzy bez oglądania się na nic dążą do dominacji nad światem. Ostrożnie i w ukryciu.
Na razie to wszystko. Piszcie komentarze i swoje odczucia na temat tego co napisałem. I nie traktujcie tego zbyt poważnie bo to jedna wielka narzekalnia :>
|
Kategoria: ( RPG) Autor: Dreamwalker Data: 17 lutego 2009
Ten wpis dedykuje systemowi Zew Cthulhu, który od pewnego czasu chwycił mnie i nie chce puścić. I dobrze.
Jak to się zaczęło? Należy tutaj udać się do zamierzchłej przeszłości, gdy młody Dreamwalker czytywał komiksy UserFriendly. Od pewnego czasu zaczął w nich występować nowy bohater - Cthulhu, co skłoniło mnie do przemyśleń, czy to stworzenie to wymysł Illiada, czy jakiś twór kultury niekoniecznie masowej, do której twórca komiksu odwołuje się z właściwym sobie humorem? Prawdziwa okazała się odpowiedź druga, jednak po sprawdzeniu w Wikipedii kto to jest Cthulhu zapomniałem o całej sprawie i dalej sobie żyłem. To był, tak zwany, pierwszy kontakt.
Cthulhu wrócił do mojego wszechświata, znów w postaci komiksowej, ale tym razem nieco bliższej oryginałowi a mianowicie w komiksie Unspeakable Vault (of Doom). Czytało się to, śmiało się z tego, ale tak na prawdę nie wiedziało się o co tam właściwie chodzi. Czy termin “Wielcy Przedwieczni” znaczy więcej niż to co napisano o nich na Nonsensopedii, nad którą swego czasu marnowało się całe popołudnia. Tak.
O systemie “Zew Cthulhu” usłyszałem na początku mojej erpegowej kariery, ale dopiero później pokojarzyłem fakty. Prawda, że Cthulhu z UF mówił coś o grze RPG o nim, ale wtedy jeszcze myślałem, że chodzi mu o crpg. Naiwność. Tak samo naiwność kazała mi myśleć na początku mojej kariery erpegowca, że wszystkie systemy właściwie są o tym samym, różnią się tylko mechaniką. Na szczęście bardzo szybko wyrosłem z tego przeświadczenia.
I potem kiedyś tam, zdarzyło się że nasz mistrz gry zaproponował, że poprowadzi Zew. Jako, że wszyscy byliśmy wielkimi fanami UV(oD)’a, więc pomysł ten przyjęto z entuzjazmem. Tyle tylko, że komiks tak na prawdę jest humorystycznym wykręceniem Zewu. Poskracane imiona przedwiecznych, głupie przygody. Każdy z nas, co prawda, wiedział, że jest to system horrorowy. Jakoś tylko nie udało się utrzymać tego klimatu horroru na sesji. Skończyło się.
Wtedy dopiero, dzięki koledze ze studiów o ksywie neithan, zacząłem czytać opowiadania Lovecrafta, poczytałem też trochę o samym Samotniku z Providence i postanowiłem, że chciałbym kiedyś zagrać czy poprowadzić takie prawdziwe Cthulhu. Nie humorystyczne. Oczywiście, wiem, że potrzeba do tego odpowiednich ludzi. Znam erpegowców, którzy omijają ten system z daleka a także tych drugich, którzy go kochają, ale tak jak ja wcześniej - właściwie nie mają pojęcia o co w nim chodzi.
A o co chodzi w Zewie to już jest osobna historia i nie czuję na siłach o tym pisać, bo sam dopiero ją poznałem. Wskażę tylko drogę dla tych, którzy tak jak ja, chcą poznać prawdziwe Cthulhu, a nie jego wykręconą i humorystyczną wersję. Nie chcę grać w Cthulhu d20 ani Cthulhu Tech. Zew jest systemem, który powstał w określonym celu i lepiej zagrać w coś typowo w konwencji (np) heroic niż w heroicowo wykręcone Cthulhu.
Słowa, które utkwiły mi w pamięci zostały wypowiedziane przez BAZYLa na jego prelekcji na konwencie Niucon (2008). Powiedział tam taką prostą prawdę, że w Zewie gracze to badacze tajemnic. Więc maja badać tajemnice. A więc nie chodzi tylko o horror ale i tajemnice. Rzeczy związane z dawną historią i sekretami przeszłości. Znacznie łatwiej jest mistrzowi gry przygotować scenariusz pod jakieś wydarzenie/miejsce historyczne niż robić coś zupełnie od zera. Tu więc dochodzi dodatkowa rola dla graczy - muszą dotrzeć i przeczytać na własną rękę źródła historyczne związane z tym, co jest w przygodzie. Dzięki temu nie ma fałszywego rzucania na wiedzę, a potem szeptania przez MG odpowiedzi - gracz może się wykazać swoją własną wiedzą, co i brzmi realniej i jest dla niego satysfakcją. Mądry człowiek ten BAZYL.
Kolejnym źródłem mojej inspiracji jest cykl artykułów poświęconych Zewowi z portalu Poltergeist - napisane przez Mikołaja Kołyszko artykuły “Groza na sesjach w Zew Cthulhu”. O tym nie można opowiedzieć - to trzeba poczytać. I poważnie rozważyć wprowadzenie tego w swoich sesjach. Kilka z porad przyda mi się nawet do D&D. O kilku kiedyś wiedziałem, ale zapomniałem. Kilka to prawdziwa nowość. Ale to właśnie dzięki temu zrozumiałem o co chodzi w Zewie. A mówiąc krótko, chodzi o strach. Nie spotykamy się na sesji po to by się bawić, a po to by się postraszyć (bawić to swoją drogą). Jeśli ten priorytet zostanie zachowany, to sesja pójdzie dobrze nawet gdy się nie użyje innych zasad (część z nich jednak jest logiczną konsekwencją tego, co powiedziałem)
W podsumowaniu może podam źródła, o których była mowa. Mamy więc:
- UserFriendly
- Unspeakable Vault (od Doom)
- Groza na sesjach Zew Cthulhu
Do zobaczenia następnym razem!
|
Kategoria: ( Blog) Autor: Dreamwalker Data: 4 lutego 2009
Mieszkam w małej miejscowości na Dolnym Śląsku a do Wrocławia na studia dojeżdżam codziennie pociągiem. Ta notka jednak nie ma na celu wymieniania wszystkich “uroków” tego przewoźnika. Chodzi o jedną sytuację, która miała miejsce dzisiaj gdy wracałem do domu.
Otóż, linia do mojego miasta nie jest żadną przelotówką i na nim właściwie się kończy, więc stan torów pozostawia wiele do życzenia. Druga sprawa, że jest jeden tor dla osobówek na niektórych odcinkach i czasami trzeba czekać aby przejechał pociąg jadący z przeciwka. Życie.
Sytuacja wyglądała tak, że pociąg najzwyczajniej w świecie zatrzymał się w polu. No nic. Normalka. Czekamy na coś jadące z przeciwka. Znajomy jednak nie był na tyle cierpliwy i wyjrzał przez okno jak się ma sytuacja. Ku jego oszołomieniu, pociąg właśnie zatrzymał się aby przepuścić (sic!) samochody na przejeździe kolejowym. I rzeczywiście - nie jechało nic od drugiej strony - gdy samochody przejechały pociąg ruszył dalej.
Teraz sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Może to jechał jakiś burmistrz czy inny Nasz Wybraniec, że dla niego wstrzymali ruch kolejowy? Trudno powiedzieć. Właściwie sytuacja jest epizodyczna i chyba nikomu się nie chciało pójść do konduktora by wyjaśnić tą sprawę. Ja tylko się zastanawiam - do czego jeszcze może się posunąć kolej? Albo inaczej - jak jeszcze może uprzykrzyć życie swoim pasażerom? Likwidują pociągi, którymi jeździ najwięcej ludzi, przepuszczają na trasie puste pociągi, żeby pan konduktor mógł wcześniej napić się kawy. A teraz to. To po prostu szlag człowieka trafia. A trafia jeszcze mocniej, jak pomyśli, że po Wrocławiu i tak sobie nie pojeździ samochodem, więc jest skazany na PKP bez apelacji.
|
Dawno dawno temu żyli mężni rycerze. Jeździli na białych rumakach, ubierali się w lśniące zbroje. Walczyli na turniejach i strzegli honoru swojego i swoich dam. Tak przynajmniej zakładał etos rycerski. Potem przyszedł czas krucjat - czyli świętych wojen. Święta wojna to walka w obronie wiary. Wiara to … Każdy wie co. Się wierzy albo nie wierzy. No i w kogoś albo coś się wierzy. Co kto lubi. Dawni chrześcijanie nie mieli tak liberalnego podejścia.
Jakkolwiek by wyglądało, ta notka nie ma na celu przypominania krucjat. Odwołanie do nich to tylko próba związania jakoś z przeszłością tego, co od dawna dzieje się w światku IT. Holy War - piszą ludzie na całym świecie, ostrzegając przed konfliktami, które trwają od dawna i właściwie nie da się ich ostatecznie rozwiązać. Dlaczego? Bo obie strony mają rację.
Jakie podobieństwo między świętymi wojnami a wyprawami krzyżowymi? Średniowieczni zakonnicy podróżowali do Ziemi Świętej aby uwolnić ją spod jarzma muzułmanów. Chcieli chronić miejsce, w którym ich wiara brała swój początek. To nie do końca pasuje do dzisiejszych holywarów, ale przecież to tylko jeden z licznych przykładów wojen o wiarę. Innym, ładnie opisanym przez pana Andrzeja Sapkowskiego, są Wojny husyckie, nieco nam bliższe, bo za teatr działań miały one między innymi ziemie Dolnego Śląska. O co chodziło w takich konfliktach? Oczywiście o wiarę. W czasach, gdy nie znany był tak dobrze marketing, jedynym sensownym sposobem aby przekonać innych (i to na dużą skalę) to swojego wyznania było podbicie ich kraju. Druga sprawa, to że zabijano również tych, którzy odwrócili się od Papieża. Nie tylko więc święte wojny były narzędziem do podboju ale i terroru do utrzymania narodu w ryzach.
A jak jest teraz? Wspomniany wcześniej marketing teraz jest jednym z głównych oręży wytaczanych w bataliach między zwolennikami różnych idei i oprogramowania. Walki toczy się nie za pomocą ostrych mieczy, ale ciętego języka. Fakt, że w przypadku zaślepienia może to prowadzić do przemocy fizycznej, ale na pewno nie na taką skalę jak kiedyś. Drugim medium do walki popularnym w dzisiejszych czasach jest internet. To w sieci można pokazać kto tak na prawdę rządzi przez popsucie strony konkurenta lub wypisanie na niej treści sprzecznych z jej ideą bądź obraźliwych. W momencie gdy większość ludzi zainteresowanych danym konfliktem na bieżąco obserwuje sytuację w sieci, popsucie strony przeciwnikowi jest sto razy gorsze (i skuteczniejsze) niż jakiekolwiek działania podjęte w świecie rzeczywistym.
Skoro wymieniliśmy już główne instrumenty wojny, zastanówmy się, po co tak właściwie one wybuchają? Dlaczego użytkownicy vima i emacsa nie mogą żyć sobie w spokoju nie wadząc nikomu? Dlaczego linuksiarze nie zostawią windowsa w spokoju? Część z nich tak robi, ale nie wszyscy. Powodów jest kilka.
- zdobywanie rynku - banalna sprawa. Im nas więcej tym jesteśmy silniejsi, tym więcej o nas słychać, tym więcej nowych możemy zebrać, tym mamy większe jaja … ups. Kiedyś robiło się tak, że swoje ideały wszczepiało się dzieciom już od najmłodszych lat. Może więc panowie geekowie odeszliby od komputerów i zamiast flejmować na listach dyskusyjnych, spłodzili by kilkoro dzieci, które zaniosłyby ich przekaz dalej? Niezła idea. Co z tego skoro sam jej nie wcielam w życie? Prawda jest taka, że zanim nasze dzieci urosną by świadczyć o tym co nam drogie świat przebędzie długą drogę i nasz ukochany program może przestać istnieć. Co więc zrobić? Nawracać¡
- To jest na prawdę dobre! - z dwóch wspomnianych wyżej konfliktów, jeden jest właśnie tego typu. Linux vs Windows. Zacznij używać Linuksa, poznaj magię konsoli a nie będziesz chciał wrócić? Może i tak, ale nie każdego na to stać. I nie chodzi mi o pieniądze. Tutaj mamy klasyczny przypadek nieporozumienia. Każda ze stron oczekuje po systemie operacyjnym czego innego, każda właśnie to dostaje i każda, wierzcie mi, każda narzeka. Oczywiście, jeśli człowiek jest otwarty, ma czas i chęci aby poznać stanowiska obu stron z łatwością wybierze tą odpowiednią dla niego. Ale jeśli nie ma ochoty? Jeśli to co ma mu wystarcza i nie chce więcej mimo zapewnień, że to ułatwi jego pracę? Trzeba go zostawić w spokoju. Ewentualnie zachęcać, ale subtelnie i powoli.
- Bo tak słyszałem - internet pełen jest blogów i artykułów przeróżnych autorów. Niektórzy, tzw krzykacze, skupiają się na tym by jak najlepiej przekazać swoją ideę. Jeśli się człowiek naczyta o tym jak ciężko jest cokolwiek zrobić w vimie, to zacznie używać emacsa. I vice-versa. Ludzie, którzy opierają swój osąd tylko i wyłącznie na zdaniu innych nigdy nie będą trwać mocno przy swoich poglądach. Chyba że poświęcą czas na ich przemyślenie. Jako ćwiczenie weź kilku użytkowników vima (najlepiej tych, co najwięcej krzyczą), posadź ich przy vi (elvis, stary vi na solarisie, ewentualnie vim z :set cp) i każ napisać jakiś prosty program w języku, który doskonale znają. Zmotywuj ich mówiąc coś o tym, że w emacsie to proste itp. Ci, którzy dojdą do końca i potem stwierdzą, że mają już opanowane pisanie w tym edytorze to prawdziwi wyznawcy vima. Ci, którzy cały czas próbowali, nie udało im się nigdy, ale nie przestali próbować to przekonani - wierzą fanatycznie, że vim jest najlepszy i musi dać radę w tym zadaniu, ale nie mają wystarczająco cierpliwości i wiary. Ci, którzy zniechęcili się na początku to albo bardzo świeży użytkownicy albo ludzie, którzy nie używają vim z własnej woli.
A ty - uczestniczysz w jakiejś świętej wojnie? A jeśli tak - dlaczego? Czy próbowałeś kiedyś poznać drugą stronę? Odpowiem na te pytania pierwszy.
Linux - wierzę, na prawdę wierzę, że ten system jest bardzo dobry dla mnie. Nie wyobrażam sobie życia bez konsoli - tam wszystko jest łatwe szybkie i proste. O ile zna się polecenia. Nie potrafię opowiedzieć innym jak to jest i dlaczego Linux. Miałem Windowsa długi czas i znając go dość dobrze po prostu wiem, że to co on oferuje, mi zwyczajnie nie wystarcza. Argumentacje, że Windows jest brzydki posyłam do kosza, bo nie jestem estetą. Stawiam raczej na funkcjonalność. Jeśli podstawowy system daje mi takie możliwości jak Windows z aplikacjami zbieranymi przez 3 lata, to sorry - coś tu jest z nim nie tak. Irytuje mnie, że po zainstalowaniu windowsa muszę poświęcić cały dzień na instalowanie dodatkowych programów, konfigurację firewalli i antywirów, ściąganie aktualizacji i najnowszych sterowników. Na Linuksie mam to z pudełka. Mój stosunek do Windowsa? Trudno powiedzieć. Nie okazuję nienawiści, raczej żartuję sobie z tego systemu i staram się nakłonić ludzi do wyboru wolnego oprogramowania. Nawet na Windowsie, jeśli nie chcą przenieść się na Linuksa.
vim - moja wiara w vima jest słaba :) Nie znam tego edytora tak dobrze jak bym chciał, aczkolwiek bardzo podoba mi się zasada jego działania. Gdy na FreeBSD dopadł mnie samotny vi udało mi się z nim poradzić (po pewnym czasie), więc chyba nie jest tak źle. Emacsa nie używałem za dużo. Kilka razy zostałem do tego zmuszony na zajęciach na uczelni :/ Dlatego nawet nie próbuję nawracać emacsowców na vima. Owszem, proponuję go jako fajny edytor dla nowych ludzi w branży, ale żeby nawracać użytkowników emacsa? Nie. Część z nich to równi goście ode mnie z kierunku, więc tylko czasem rzucamy jakimiś żartami o jednym lub drugim edytorze a zwykle jest spokój.
Co dalej? Pozostawiam czytelnikom ocenę słuszności świętych wojen. Na pewno jeśli są prowadzone na zasadzie zdrowych dyskusji, są fascynującymi źródłami informacji o rzeczach, których dotyczą. Dzięki nim możemy zamiast patrzeć na piętrzące się zalety, spojrzeć na wady i wybrać z nich te akceptowalne. Obrona własnych racji zmusza nas do myślenia wciąż nad nimi i zastanawiania się, co jest w nich takiego, że je wyznaję? Grunt by nie wyjść poza pewne granice. I mieć dystans do siebie, żeby nie traktować wszystkiego poważnie. To w końcu nie są prawdziwe wojny religijne :)
|
Kategoria: ( Dweomer) Autor: Dreamwalker Data: 29 stycznia 2009
Dawno dawno temu … Istaniało sobie forum dnd.pl nie wadząc nikomu. Zwykle było tam miło. Miało wielu użytkowników, dużo postów, sesje forumowe. Czasami wybuchały kłótnie, ale i tak w ogólnym rozrachunku wszystko szło dobrze. Potem jednak się skonczyło. Administratorzy mieli coraz mniej czasu na jego prowadzenie i dnd.pl zostało scalone z forum serwisu Poltergeist. Może to dobrze, może to źle. Ale jedno jest pewne - nie to samo.
Niektórym ludziom wręcz bardzo nie odpowiadało to, co się stało. W końcu nie od dziś chodziły pogłoski o tym jakie jest forum Poltera, mniej lub bardziej wyolbrzymione. Najbardziej jednak ludzie bali się utracić klimat, na który pracowali przez lata, swoją świadomość wspólnoty, niepisane zasady, które na pewno zniknął w chwili połączenia z drugim forum.
Cóż, wszelkie obawy były słuszne - Poltergeist przyjął dnd.pl z otwartymi ramionami, ale i własnymi zasadami. Najgorsze jednak było to wrażenie bycia częścią ogromnego molocha, który oprócz działu o D&D miał działów wiele więcej. Nikt nie zwracał na to uwagi, że wtedy dnd.pl miało postów więcej niż cały Polter - nie chodziło o ilość postów a o specjalizację.
Byliśmy my i byli oni. Wśród nas również byli tacy, którzy udzielali się na obu forach. W czasie długiej historii zdarzały sie przypadki przechodzenia na jedną i drugą stronę, teraz jednak wszyscy znów wylądowali razem. Razem na ogromnym forum, którego przygnębiajacy czarno-zielony wystrój powodował dreszcze u co niektórych. Trzeba było to zmienić.
Ten człowiek miał kilka nicków. Znany był jak Druss, Barracus Rahl, a gdy załozył swoje forum, które z definicji miało kontynuować tradycje dnd.pl, przybrał imię Clerica. Tak samo nazwał forum. Cleric rozwijał się. Bardzo szybko. Jako optymiści nie zwracaliśmy uwagi na to, że tak na prawdę, wiekszość pisanych tam tematów to dyskusje o gustach i wyliczanki, które były zaprzeczeniem idei postępowania w duchu dnd.pl. Cóż za gorzka ironia.
Mimo wszystko jednak, było dobrze. Powstało wiele wartościowych tematów, które pozwoliły mu zaistnieć na chwilę w erpegowym światku i przyciągnąć pół setki użytkowników, którzy pisali posty. Potem jednak sytuacja zdecydowanie zmieniła. Na gorsze.
Spamboty bezlitośnie atakujące forum stały się zmorą, z którą ciągle zmieniający nicki administrator nie mógł sobie poradzić. Ciągle słyszeliśmy obietnice, że będzie niedługo dużo więcej uzytkowników, że pozbędziemy się spambotów. O ile jednak, wprowadzając ograniczenia pisania udało sie zlikwidować problem pornografii, to nowi uzytkownicy nie przybywali, a starzy siedzieli na Dragonfans albo mówili, że nie mają o czym pisać.
I wtedy postanowiłem przerwać ten marazm. Zrobić coś, co poderwie ludzi do działania, sprawi, że zaczną coś robić. Zaproponowałem rozpoczęcie prac nad projektem forumowym. Gdy patrzę na to, co dzieje się z projektem, który ruszyliśmy teraz, widzę że był to świetny pomysł. Niestety były administrator nie pojawiał się na forum i rosnąca w związku z tym nasza irytacja w końcu doprowadziła do tego, że napisałem list do administratora z prośbą o wyjaśnienia. Potem drugi list. I trzeci. A gdy jasnym się stało, że Cleric nie może już administrować forum zaproponowałem swoją kandydaturę, która została przyjęta przez ogół. Miesiąc później byłem administratorem.
Pierwsze co zrobiłem, to przeniosłem forum na własny serwer. Dziś sie z tego cieszę, bo hosting forr.pl został już dawno opuszczony. W tej chwili już nie istnieje (sprawdź tu), więc gdybym nie przeniósł forum, w tej chwili by go nie było. Przenosiny to jednak tylko pierwszy krok z wielu, które należało postawić by przywrócić forum chociażby dawną świetność.
Nastąpiła seria zmian, zarówno dotyczących składu obsługi forum jak i samego silnika. Zmieniła się też nazwa. Poważne zmiany skończyły się w momencie przejścia na phpbb3, na którym jesteśmy do dzisiaj. Były także nieprzyjemne incydenty w mojej adminowej karierze związane z użytkownikiem veldrin-drow, które mocno przystopowały rozwój forum. Cóż mogę powiedzieć? Żaden z nas nie jest bez winy. Forum zapłaciło za ten konflikt wysoką cenę, ja dostałem nauczkę na przyszłość, której już nie zapomnę.
Co dalej? Czas na podbój internetu. A przynajmniej części internetu związanej z grami RPG. Obecnie czekamy na wykonanie loga forum, dzięki któremu zyskamy jakąś indywidualność. W następnej kolejności będzie dostosowywanie kolorów forum pod logo. Teraz najważniejszą rzeczą dla nas jest napływ nowych użytkowników z dobrymi pomysłami. Potrzebujmy dobrej reklamy. Mając logo będzie można zrobić prosty banner i rozpocząć wymianę linków z innymi stronami.
Trzeba też rozruszać starych użytkowników i w tym celu powstał forumowy projekt tworzenia miasta, który juz w tej chwili zaktywizował nas do pracy. W końcu, aby komus spodobało się to forum, musi już widzie, że to działa.
Dlatego zapraszam wszystkich na forum Dweomer! I Wy też to zróbcie. I Wasi znajomi. I znajomi Waszych znajomych.
Niech wszyscy wiedzą o nas i naszym forum!
|
Kategoria: ( Konwenty) Autor: Dreamwalker Data: 16 listopada 2008
Już sama nazwa sugeruję, że konkluzja tej notki względem opisywanego wydarzenia wcale nie będzie pozytywna. I o to chodzi. Czytasz temat i już wiesz - ha! autor pojedzie po konwencie z góry na dół, będzie rzucanie mięsem i klęcie na czym świat stoi w języku klingońskim. Otóż nie. I tutaj znów sięgamy do tematu, a szczególnie ostatniego słowa, które tenże zawiera. Żal. Pytanie czy autor uzył tego słowa by podkreślić swoją pogardę albo dodać jeszcze sarkazmu i pikanterii do notki, już na samym początku uświadamiając czytelnika w czym rzecz? Otóż nie. W tym przypadku jest to żal autentyczny i autor bardzo się starał, by łzy płynące podczas pisania nie zalały mu klawiatury, by następnie spowodować zwarcie i zakończyć jego marny żywot na tym padole. Nie no, może przesadzam.
Konwent Niucon (fajnie jest napisać taki wstęp informacyjny - miejsce jest czym zapełnić) odbył się w dniach 10 - 12 X 2008 roku. Dlaczego więc piszę o nim dopiero teraz? Cóż, dobrze jest jak informacje i wrażenia ułożą się ładnie w glowie i gdy z perspektywy czasu można wysnuć jakieś wnioski na podstawie pozornie nic nie znaczących wydarzeń jak na przykład dowód istnienia Latającego Potwora Spaghetti opierający się na doświadczalne analizie toru lotu zupek chińskich o różnych smakach. Można też się oddzielić murem albo murkiem (byle nie mrukiem) od emocji, które powodowało to wydarzenie, co wydatnie zmniejsza ilość zawartych w tekście emotikon, wykrzykników i Słów Powszechnie Uważanych Za Obelżywe. A wracając do części informacyjnej - odbyło się X paneli, Y larpów i Z wszlkich innych atrakcji. Ile dokładnie - nie chce mi się liczyć, a nigdzie nie podano. Podano natomiast ile osób odwiedziło konwent - około pięciuset, co jest śmiesznie małą liczbą w porównaniu z liczbą osób na BACE, która była tydzień wcześniej i na którą nie pojechałem ze względu na Niucon (Tak, jest mi żal).
Teraz można przystąpić do części relacji nazywanej zwyczajowo “byłem, widziałem”, czyli taka mała próbka look&feel.
Gdy przydreptałem do szkoły, służącej za teren konwentu zastałem przed nią kolejkę ludzi, która (+ dla orgów) malała w bardzo szybkim tempie. Niestety (- dla orgów) jako twórca programu musiałem czekać trochę na osobę, która miała listę zwolnionych z opłat wszelkich. No, ale w końcu z książeczką zawierającą program konwentu i kartką przedstawiającą jego rozkład czasowy przedarłem się przez akredytację i z identką twórcy programu zwisającej u szyi wszedłem na właściwy teren konwentu. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to stolik informacji, który jak przekonałem się o tym dobitnie później, zwykle stał samotnie w korytarzu, okazjonalnie nawiedzany przez orgów. Mając w głowie obraz stolików informacji z zeszłorocznej Baki byłem szczerze zawiedziony tym, co zastałem na Niuconie (- dla orgów). No, ale informacja konwentu nie czyni, więc przez puste korytarze zacząłem się przedzierać (dobre sobie - przedzierać to się można przez dżunglę albo tłum. Użyję jednak tego słowa ze względu na plecak -3 do szybkości, który dzielnie taszczyłem po schodach w górę) w kierunku sleep roomu, który miałem obrać za moją kwaterę. Następnie, zorientowawszy się, która jest godzina, zawróciłem z piskiem butów rzucając tylko plecak pod ścianę i zbiegłem po schodach do sali, gdzie miała odbywać się prelekcja “Sesja jak w zegraku”. Moje spóźnienie w momencie, gdy prowadzący opowiadał o spóźnieniach na sesje przyjęte zostało dość entuzjastycznie przez salę. Przez prowadzącego mniej.
Teraz nastąpi opis atrakcji, na których byłem. Proszę nie liczyć na jakikolwiek obiektywizm, w końcu ta notka ma nie zostawić na tym konwencie suchej nitki. No, ale do rzeczy.
Mam przed sobą teraz program konwentu i przeglądam, a jak trafię na atrakcję, w której uczesniczyłem, to coś o niej opowiem. Hmmm Pierwsza rzecz w programie to regulamin, więc wyłamię się troszkę i napiszę o nim, gdyż przeczytanie go sprawiło mi trochę radości. Szczególnie zaś wpis “Organizatorzy nie odpowiadają za szkody moralne i zdrowotne uczestników imprezy(…)” O ile brak troski orgów o zdrowie fizyczne jest rzeczą naturalną, to owe szkody moralne zastanawiają mnie, cóż tak świńskiego jest w programie konwentu, iz mogą one wystąpić. Znalazłem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, ale o tym za chwilę. Nastąpi przerwa na rek… nudne opisy ciekawych atrakcji z Niuconu, co by notka trzymała w napięciu i żeby czytelnik nie kończył lektury już tutaj.
No to jedziemy …
Piątek - godzina 19-21
Prelekcja “Sesja jak w zegarku” poprowadzona przez Bazyla.
Prelekcja poruszała bardzo interesujące tematy, z którymi ja i moi gracze jesteśmy zaznajomieni aż za dobrze. To znaczy z problemami, nie rozwiązaniami. Bardzo wielu ciekawych rzeczy dowiedziałem się i to nie tylko o prowadzeniu sesji ale i o rpg ogólnie (np jak prowadzić Zew Cthulhu). Prelka była tak dobra, że dyskusja po niej przeciągnęła się na następną godzinę i zniweczyła plany organizacji pokazu maptoola.
Piątek - godzina 21-22
Wszystkie chwyty dozwolone … - WitchDoctor (ale go nie było)
W zastępstwie WD był człowiek, którego nicka dzisiaj już nie pamiętam niestety. Bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Prelekcja była … była. Nie można jej tego odmówić. Prelegent miał ułożony w głowie plan, moderował jakoś ten chaos, który przy odrobinie wyobraźni można by było nazwać zawziętą dyskusją. W końcu doszliśmy do niezbyt odkrywczych wniosków i to chyba najbardziej mnie rozczarowało w tej prelce. spodziewałem się jakiegoś świerzego podejścia do tematu.
Piątek - godzina 22-23
Wieloświat wczoraj, dziś i jutro - Zsu-Et-Am
Nie zrażony tym, że prelekcję prowadzi sam wielki przedwieczny w swej własnej, ludzkiej, osobie zostałem na tym samym krześle jeszcze przez godzinę i posłuchałem co też ma on do powiedzenia o świecie, o którym dotąd słyszałem tyle, że chciałem go wreszcie poznać. Po tej prelekcji Zsu mógłby śmiało przybrać ksywkę “Wulkan”, bo ilość informacji jaką z siebie wyrzucał była wprost przeogromna. A spieszył się tak, że nie było czasu na jakieś dłuższe dyskusje i polemiki. Dobrze, że przynajmniej miał asystentkę do pisania i rysowania, chociaż zastanawiam się, dlaczego nie użył do tego, powiedzmy, macki? Hmm, może nie chciał się na razie ujawniać.
Piątek - godzina 23 i dalej
Historia literatury fantasy - Neithan
Neithan w swej wlasnej osobie obleczonej w kostium Tolkienowskiego nazgula zaliczył swój debiut jako konwentowy prelegent i wyszło mu to, zdaniem moim i chyba również innych słuchaczy, bardzo dobrze. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy o literaturze fantasy, miałem okazję pomyśleć nad tym czym ona właściwie jest i dlaczego zaliczają się do niej “Gwiezdne Wojny”. Dyskusja, która rozpoczęła się po formalnie zaplanowanej treści prelekcji również była ciekawa.
Noc z piątku na sobotę
Nuuuuudy.
Człowiek specjalnie nie śpi, licząc że właśnie w noc porwie go szaleństwo konwentowych atrakcji, ale jedyne co dostaje to samotne siedzenie na schodach, granie w konsole dopóki jeszcze ich nie powyłączają i pomoc w tworzeniu kostiumów na EvilCosplay. Nad ranem człowiek się zdrzemnął w sali kinowej na Hellsingu Ultimate, którego wielbi i widział już X razy i z nowymi siłami przybyłymi po wypiciu Red Bulla udał się uczesticzyć w dalszych atrakcjach.
I tutaj spotkała go miła niespodzianka, bowiem (czemu ja pisze w trzeciej osobie? Wróćmy do pierwszej) … bowiem na konwencie pojawili się moi dwaj znajomi, z którymi na graniu w przeróżne planszówki spędziłem ten dzień. Wiochmen Rejser, Inwigilacja, Kapslowi Wojownicy, munchkin i inne światowej sławy tytuły były nadmiernie eksploatowane przez nas w ten dzień. Nawet nie zauważyłem jak zrobiła się 21 i pora na mojego larpa.
Sobota - godzina 16
Konkurs survivalowy - Kith, Max
To co się tam działo … nie chcecie wiedzieć. To jest właśnie powód, dla którego orgowie nie odpowiadają za straty moralne (niech się schowają konkursy o yaoi i hentai nighty). Na konkursie survivalowym mogłeś zmierzyć się ze swoimi ukrytymi fobiami. Wychodziły na wierzch emocje i panicznych strach przed Buką i hefalumpami.
Eeeee … tak na prawdę - fajny konkurs dla ludzi kreatywnych lekko podchodzący pod Whose line is it anyway? Mi się podobało na przykład zadanie, gdy musieliśmy wymyslić piosenkę, która będzie hymnem orków (wybraliśmy melodę YMCA). Moja drużyna zajęła drugie miejsce. Ale najważniejsza jest przecież reywalizacja. Taaa, jasne :)
Sobota 21-0:30
Larp Cthulhu “Tratwa” - Dreamwalker i Neithan
Nie ma sensu chyba opisywanie własnego punktu programu, więc podam tylko kilka ciekawostek i moje wrażenia z gry graczy. Larp został przygotowany (ku frustracji Neithana, który bardzo chciał się przydać) przeze mnie przez 3 dni przed konwentem. Siedziałem i pisałem prawie non stop. Po drugie - ponieważ miałem niewiele czasu, część czynników i cech została między postacie rozlosowana (zachowując jednak jakieś tam zasady, żeby to się ze soba nie pożarło). Efekt przeszedł moje oczekiwania i do mojego trzeciego w życiu larpa mogę się już z dumą przyznać i powiedzieć “tak, to mój!”. Co do graczy - było paru przygotowanych. Jeden wziął nawet strzelbę na słonie, która jak to powiedział Bazyl na jego prelce, jest największym skarbem gracza w Cthulhu 1890. Z lekkimi oporami zgodziłem się na zamianę rewolweru na karcie postaci na strzelbę. Wystrzały i tak nie padły. W ogóle misternie przygotowana mechanika (której nie wydrukowałem O_o i musiałem bazować na tym co pamiętam) i tak leżała odłogiem, bo gracze przegadali larpa. To dobrze. Źle, że o swoim punkcie programu napisałem najwięcej, więc ucinam tutaj tą nierówną walkę.
Sobota - 1.00 i dalej
Larp Wampirzy “Bezkrólewie” - Chaos
Duży wpływ na ocenę tego larpa ma fakt, że przez jego połowę dosłownie spałem, co jednak wyszło mojej postaci na dobre, bo przenieżyła. Kolega, który był nieco bardziej trzeźwy stwierdził, że nasza porażka z Dni Fantastyki (Larp “Enklawa”, jak ktoś kojarzy) to nic w porównaniu z tym co się działo tutaj. Smutne. Ale czy prawdziwe, to nie pamiętam. Fakt, że larp był bardzo “statyczny” i to nie ze względu, że tej statyczności usilnie trzymała się moja postać.
Noc z soboty na niedzielę
Nauczony doświadczeniem i wyczerpany sobotą bez napoju energetyzującego pod ręką poszedłem spać i wstałem rano rześki i wypoczęty i patrzyłem z góry na półżywego kumpla, który zadał sobie trud niespania tę noc (Przyjechał w sobotę dopiero).
W niedzielę nie zwiedzałem już żadnych atrakcji. Chciałem iść na drugą prelkę o PS, ale ponieważ w tym samym czasie odjeżdżał mój pociąg, powrót do domu został uznany za większą atrakcję i żegnając się wylewnie z wszystkimi opuściłem teren konwentu.
Przyszedł czas na podsumowanie, czyli “no dobrze, ale jak było?”
Było fajnie
Mając w perspektywie sobotnie sprzątanie, ślęczenie nad listami zadań i projektami
Ale tak poza tym, konwent był nieco nudnawy. Ludzie się skarżyli na odwoływane atrakcje albo na ochroniarzy, którzy świadomie i dobrowolnie łamali regulamin. Pusta informacja tylko przepełnia czarę goryczy, a porażająco niska frekfencja podsumowuje całość i klasyfikuje konwent w moim rankgingu na czwartym ostatnim miejscu. I mam wrażenie, że długo jeszcze na tym ostatnim miejscu pozostanie i to nie dlatego, że żadko jeżdżę na konwenty.
Księga enta, czyli Dyplmatyka i Łowy
Kto tak na prawdę zawinił?
To pytanie tłukło się w mojej głowie, gdy wracałem z konwentu i jakiś czas po, gdy zapoznawałem się z tłem tego całego przedsięwzięcia.
Nie chciałbym nikogo osądzać, przedstawiać nagiej ani ubranej w cokolwiek prawdy. Postaram się użyć ogólników, które będą wieloznaczne i spowodują powstanie w komentarzach burzy w szklance wody, o ile ktoś przeczyta tą notkę i wysili się jeszcze na tyle, bo dopisać pod nią coś konstruktywnego.
Stowarzyszenie Wielosfer zostało poproszone o pomoc w organizacji konwentu, jednak z uwagi na to, że pomoc ta nie nadeszła, został poproszony o to samo klub Feniks i z ich strony nadeszła pomoc w postaci organizatorów, którzy dołączyli do programu liczne atrakcje. Część z nich była na Działkonie, co powodowało mój niesmak, bo gdyby w miejscu tychże atrakcji wylądowało coś ciekawego, to może zagrałbym w wiekszej ilości larpów, które dotąd na konwentach były moją ulubioną rozrywką.
Feniks został dokoptowany do załogi na tyle późno, że nie było już chyba czasu na tworzenie czegoś nowego, stąd takie półśrodki.
Nie bez winy był też termin konwentu - zaraz po bace. To ja, który mieszkam od Wrocławia rzut beretem, nie chciałem marnować czasu na dwa konwenty, a co dopiero mówić o ludziach z drugiego krańca Polski, którzy chyba zdąrzyliby po Bace tylko się przespać i już musieli by ruszać na Niucon.
Podsumowując: fail
Ale mi go żal, bo na tym terenie mogło wyjść coś na prawdę ładnego, gdyby tylko organizacja przebiegła nieco sprawniej i z zastosowaniem zdrowego rozsądku.
Ta notka nie ma za zadanie nikogo obrazic, ale przedstawić w sposób subiektywny i miejscami podkolorowany to, co działo się na konwencie Niucon i to, co o tym myślę.
Podpisany ja niżej podpisany
Dreamwalker
|
Kategoria: ( Blog) Autor: Dreamwalker Data: 9 czerwca 2008
Dawno dawno temu podczas mojego półtorarocznego romansu z matematyką na UWr (niestety, nie dostałem się na informatykę za pierwszym razem) miałem zajęcia z algebry liniowej. Tak - każdy kto miał chociaż troszeczkę matematyki na studiach musiał się i z tym zetknąć - wektory, macierze, euklidesowe przestrzenie i inne przyjemności. Przedmiot mi się podobał mimo że w liceum wektorów nie darzyłem wielką miłością. A tak to już jest, że jak przedmiot się podoba, to zadania robią się same i chodzi się często do tablicy zyskując w oczach ćwiczeniowca (nazwijmy ją Panią od Algebry Liniowej).
Ponieważ w czasie pierwszego semestru na matematyce zdarzyło mi się przeczytać Cyberiadę Stanisława Lema, w tym genialny wiersz Elektrybałta Trurla. Nie pamiętam już w jakim kontekście, ale zapytałem kiedyś Panią od Algebry Liniowej czy zna ten wiersz i ku mojemu bezgranicznemu zdziwieniu (i jeszcze większemu zdziwieniu grupy :P) zaczęła go recytować z pamięci i odwzajemniła mi się pytaniem czy znam wiersz o równoległoboku. Oczywiście nie znałem, jednak na następnych zajęciach przyniosła mi kartkę z jego treścią. Kartkę potem oddałem, zakładając że znajdę sobię w Googlach. Myliłem się.
Po przeszło trzech latach znalazłem ten wiersz w internecie, w google books. Tytuł to “Parallelagram or infant optimism”, autor to A.E. Housman. Można go przeczytać tutaj: link. Polecam wszystkim fanatykom matematyki i geometrii. Do śmiechu i ku zadumie (nad trudnym życiem równoległoboku :) ).
|
Kategoria: ( Blog) Autor: Dreamwalker Data: 17 maja 2008
Dzisiaj postanowiłem założyć własnego joggera. Dlaczego? Powody są różne, ważny jest jednak cel. Nie zamierzam tu pisać ekshibicjonistycznych wynurzeń znudzonego życiem informatyka (tak jakbym takim był). Postaram się opowiedzieć o nowych ciekawych rzeczach, których się nauczyłem, czasem wrzucę jakiegoś newsa, czasem napiszę coś o moich innych zainteresowaniach.
Jestem studentem informatyki. Do moich zainteresowań należą programowanie w języku python, słuchanie muzyki (od poezji śpiewanej do heavy metalu), oglądanie anime, czytanie mang i last but not least - granie w gry RPG. Ale takie prawdziwe “fabularne” RPG bez komputera.
Linux - on zajmuje też ważne miejsce w moim życiu, zarówno jako system operacyjny codziennego użytku jak i swego rodzaju sposób na życie. Działam aktywnie w celu powiększenia zbioru użytkowników Linuksa uczestnicząc w akcjach takich jak WiOO w szkole, czy Linux-Reinstalacja. Na co dzień używam dystrybucji Slackware. Używam menedżerów okien KDE i fluxbox, ale jestem też bardzo przywiązany do konsoli i nie wyobrażam sobie życia bez takich poleceń jak grep, find, sed, czy awk. Jako edytora tekstu używam vima.
To chyba tyle o mnie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Może jeszcze coś dopiszę, a może zapomnę po tygodniu tak jak bywało z moimi innymi nieudolnymi próbami założenia własnego bloga :)
I na koniec jedna prośba do ewentualnych czytelników - jeśli znacie jakiś ciekawy temat/program ze świata Linuksa, który warto poznać to proszę napiszcie mi o nim w komentarzach albo na jabberze. Chętnie go sprawdzę i napiszę notkę w wolnym czasie.
|
|
|
|